"Cinderella ate my daughter", czyli spalmy wiedźmy i plastikowe prostytutki

Nie było mnie długo i to wcale nie znaczy, że nie czytałam. Po prostu... nie czułam potrzeby pisania o tym, co czytałam. Zaczęłam coś o "Dziwnych losach Jane Eyre", które sprawiły mi wiele przyjemności, ale im dłuższy stawał się tekst, tym bardziej brnęłam w coraz dziwniejsze refleksje, aż w końcu całość stała się zbyt splątana, bym chciała ją edytować. Rzuciłam się też na Grishaverse, bo wiedziałam, że skoro wychodzi serial, lada chwila ktoś zaspoileruje mi przynajmniej pierwszą część - w ciągu tygodnia czy półtorej przeczytałam całą pierwszą trylogię, a kiedy odpocznę, zajmę się pewnie dalszymi częściami. W skrócie: książka okazała się odświeżająco dobra, wciągnęła mnie jak rzadko, a dodatkową satysfakcję sprawiło mi, że przewidziałam, przynajmniej częściowo, zakończenie - i to nie tylko przewidziałam, ale i wymarzyłam, bo to nie było żadne "łeee, pewnie tak się to skończy i wszystkim opadną członki", a raczej "tak bym chciała, żeby właśnie tak było". No i było. Żadnych spoilerów ode mnie, i nie wiem, czy będzie osobny post. To chyba są książki z takich, które wolę czytać, niż analizować.

A teraz... czemu wróciłam? Bo znowu pewna książka wywołała we mnie Głębokie, Kłębiące Się Uczucia. I to niestety tym razem niezbyt dobre.

Mowa o "Cinderella ate my daughter" pióra Peggy Orenstein.

Pamiętam, że słyszałam o tej książce jeszcze na studiach, w czasach, gdy mój pączkujący feminizm karmił się i instruował tekstami z "Jezebel". Nie pamiętam, jak o niej pisano, wiem natomiast, że chciałam się przekonać, co autorka ma do powiedzenia o micie księżniczki Disneya i jego relacji z pojęciem "dziewczęcości" - pojęciem tym bardziej dla mnie ciekawym, że ja sama swego czasu bardzo kategorycznie je odrzucałam.

Okazuje się, że całkiem dużo, i do pewnego momentu bardzo merytorycznie. Od początku urzekło mnie, że Peggy Orenstein często powołuje się na konkretne badania i dane statystyczne, przytacza wywiady z naukowcami. Moje szczególne uznanie zyskał rozdział "What makes girls girls?" zawierający opis programu Sanford, szeroko zakrojonego badania interakcji między chłopcami a dziewczynkami, w zamyśle mający prowadzić do stworzenia programu nauczania, który poprawiałby relacje między dziećmi przeciwnych płci, a także uwagi o rozwoju postrzegania płci u dzieci neurolożki Lise Eliot (której książkę chętnie bym przeczytała zamiast tej).

Z drugiej strony, autorka nie boi się również odwiedzić świata, przeciwko któremu się buntuje:  dziecięcych konkursów piękności, producentów lalek, targów zabawek w odcieniach różu... Jest często nastawiona wrogo i niechętnie, ale jednocześnie zdolna do autorefleksji, a nawet do błyskotliwych spostrzeżeń, które pomagają czytelnikowi połączyć kropki, zastanowić się, na jaki ogólny obraz składają się wszystkie przedstawione elementy... Słowem, wykonuje całkiem znośny kawał roboty dziennikarskiej.

Dopóki nie chodzi o same symbole zagrożenia.

Już przy opisach lalek i księżniczek autorka pozwala sobie wpuścić do tekstu całkiem sporo jadu. Nie powiem, że zawsze się z nią nie zgadzam - motyw "księcia na białym koniu" oraz "i żyli długo i szczęśliwie, bo jeśli jakiś silny, piękny książę cię znajdzie, twoje wszystkie problemy się skończą" denerwują mnie od dawna. Widzę, jak z pokolenia na pokolenie przekazywane są mity idealnego romansu, idealnego ślubu, idealnego związku. Księżniczki Disneya, lalki Barbie czy Bratz - wszystkie są symbolami kultury konsumeryzmu, nastawionej na sprzedanie jak największej ilości zabawek. Ale podczas gdy sylwetki ich twórców przedstawione są w miarę chłodno i racjonalnie, na same lalki - i konsumujące je, próbujące się do nich upodobnić dziewczynki - wylewane jest wiadro pomyj. Może na lalki trochę bardziej, ale nietrudno zauważyć, że autorka nie jest w stanie zrezygnować z użycia błyskotliwych epitetów, jeśli takie przyjdą jej do głowy. Ten hołd dla własnej błyskotliwości sprawia, że w książce pojawiają się określenia takie jak "to prevent [the children] from playing Sesame Street Walker". Świetny żarcik do powiedzenia przy piwie, średnio na miejscu w książce.

Dobra, uznałam w tym momencie. Pani się zapomina, zapędza, ale nadal ma wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. Czytam dalej.

A dalej są żywe księżniczki Disneya, gwiazdy Disney Channel, od Miley Cyrus, po Britney Spears. I tu autorka przestaje się hamować w ogóle. Wyraźnie czuć to, co przebija już wcześniej, od samego tytułu: strach przed tym, co te idolki, plastikowe czy z krwi i kości, zrobią jej dziecku. Chęć ochronienia go przed tym. I... niestety widać jak na dłoni, że ten strach rodzi nienawiść.

Wszystko zaczyna się od opisu skandalu - oto szesnastoletnia Miley Cyrus pozuje do zdjęcia, zakryta tylko prześcieradłem. Autorka jest wściekła i zawiedziona. Jak ona mogła to zrobić dzieciom?! Po wyczerpujących opisach rodziców przygotowujących dzieci do konkursów piękności, refleksjach, ile z tego wynika z chęci dzieci, a ile z przymusu rodziców, czy może lokują oni w dzieciach swoje własne ambicje... nagle to wszystko wylatuje przez okno. Gwiazdy Disneya, tak jak lalki Barbie czy Bratz, są odpowiedzialne same za siebie i same muszą się bronić - zupełnie jakby same się wymyśliły, jakby nie stały za nimi sztaby menadżerów i speców od wizerunku. Zupełnie jakby Disney nie kontrolował wszelkich aspektów życia swoich gwiazd (tylko po to, żeby je wyrzucić, kiedy przestaną być dostatecznie młode). Zupełnie jakby były po prostu lalkami, a lalka nie czuje, więc można piętrowo ładować na nią epitety, wyżywać się na niej za własny strach o przyszłość dziecka.

I żeby nie było, autorka wspomina nieco o zapleczu dziecięcego gwiazdorstwa - o tym, że ojciec Miley Cyrus był zarazem jej menadżerem i współaktorem w "Hannah Montanie", że Judy Garland musiała krępować sobie piersi, by zagrać Dorotkę... Poświęca parę zdań temu, że gwiazdy muszą żyć w idealnej harmonii, być pociągające, ale nie zbytnio, jednocześnie niewinne i przyciągające uwagę... Wydaje się jednak kupować mit, że to gwiazdy, a gwiazdy zawsze wiedzą, co robią, i powinny wiedzieć, inaczej zrobią potworną krzywdę swoim fanom. Ciekawe, że to ta sama osoba, która zastanawia się, co my robimy dzieciom, jak kształtujemy ich psychikę. Ale w momencie, kiedy to dziecko wychodzi na scenę, kiedy to ono kształtuje inne dzieci, staje się kolejną lalką, kolejną idolką, symbolem zepsucia. A kiedy jego wizerunek się zmienia - decyzją menadżerów, decyzją samej gwiazdy, wreszcie przez przypadek - kiedy przestaje idealnie pasować do tego, co autorka uznaje za bezpieczne - o, wtedy zasługuje na obelgi, a każdy ruch i strój jest analizowany. Tu nie chodzi już o "nie seksualizujcie dzieci", a raczej o "przez was moje dziecko będzie seksualizowane! Gdybyście tylko nie ubierały się jak dziwki!". Brzmi jak za dużo? Cóż, nazywanie dwunastolatek czekających w skąpych ciuchach na koncert Miley "Stripperellami" to chyba też trochę za dużo, nie sądzicie?

A prawdziwie okropnie robi się przy dwóch gwiazdach: Shirley Temple i Britney Spears.

O tej pierwszej autorka wyraża się z uznaniem, doceniając jej długoletnią karierę. Patrzy na nią przez pryzmat legendy, jaką się stała. Wspomina, że to być może pierwsza "księżniczka", będąca symbolem nadziei w ciężkich czasach. Docenia jeszcze jedną rzecz: że "trzeba jej oddać, że w wieku dwudziestu jeden lat z gracją zeszła ze sceny". Trudno nie zobaczyć w tych słowach chęci, by każda małoletnia gwiazda tak właśnie zrobiła. Nie zmieniała wizerunku, nie eksplorowała własnej seksualności, nie buntowała się. Nie ulegała podszeptom menadżerów, chcących sprzedać ją jako seksowną. Po prostu zeszła ze sceny. Jak powinna. Wtedy nie zaszkodzi dzieciom.

Tu autorka dopuszcza się jednak przeoczenia, i to bardzo istotnego. Kariera Shirley Temple wcale nie była tak usłana różami, jak można by się spodziewać. Była zawrotna, to prawda, ale zarazem usiana tak powszechnym w starym Hollywood - w każdym Hollywood - molestowaniem seksualnym. Matka Shirley zaś wypychała ją do przodu i godziła się na to, byle tylko jej córka zrobiła karierę. Shirley nie była więc wyłącznie radosną kilkulatką, pląsającą na konkursie piękności, bo sprawia jej to przyjemność. Była ofiarą. A kiedy dorosła, przemysł filmowy wypluł ją. Zaczęła mieć coraz mniej szans na role, aż wreszcie zajęła się czymś innym - swoją karierę zaś wspominała jako bardzo traumatyczną. W narracji autorki ta część jej historii jest nieobecna - co dziwne, zważywszy na to, że jej książka traktuje o niebezpieczeństwach seksualizacji dzieci i mitu księżniczki...

A z drugiej strony mamy "zbuntowane" byłe gwiazdy Disney Channel, z których najbardziej obrywa się Britney. Jej kariera, choć zaczęła się u Myszy, rozkwitła, kiedy piosenkarka zaczęła występować solo. Sama pamiętam, jak czytało się artykuły w szmatławcach dla nastolatków o każdym aspekcie jej życia. Pamiętam teksty, pamiętam image seksownej uczennicy z "Baby one more time". Pamiętam, jak z gwiazdy nastoletniej i dla nastolatków stała się gwiazdą zdecydowanie dla dorosłych. Podziwiałam pewność, z jaką stała na scenie. Dopiero po latach, przy okazji "Free Britney", dowiedziałam się, czemu widać ją coraz mniej. Że o ile wiadomo, jest więźniem we własnym domu, osobą, której nie pozwala się nic robić samej, nad którą trzyma się jednorazową diagnozę jak miecz, który w każdej chwili może spaść, więc może lepiej nie myśl, ja pomyślę za ciebie, córeczko. Tym bardziej boli obraz, jaki maluje autorka - typowy dla szmatławców sprzed "Free Britney" i ze szmatławców czerpany, a na dodatek pełny odrazy dla faktu, że artystka może mieć chorobę psychiczną. A niech będzie, zacytuję sobie fragment, który sprawia, że aż się trzęsę...

Zaczynamy od szyderstwa.

Więc tu mamy: "sama  nie wiedziała, czego chce, chciała być seksowna, ale jednocześnie nie, powinna się zdecydować, ale w gruncie rzeczy nie powinna, bo jak już się zdecydowała, to była za seksowna". I oczywiście zaszkodziła tym biednym niewinnym dziewczętom, które nie wiedziały, że narracja jest taka skomplikowana, widziały tylko dziewczynę na teledyskach. Um... czy autorka nie podła ofiarą tej samej iluzji? Ile z tego "zagubienia" i "niezdecydowania", które widzi, to wynik po pierwsze działań różnych osób i konfliktów wizji między menadżerami, samą gwiazdą, producentami kolejnych teledysków... a po drugie wynik tego, że osoba, która dorasta, w sławie czy nie, nie wszystkiego jest pewna i szuka siebie? Ale żeby to zauważyć, trzeba by na nią patrzyć jak na prawdziwą, żywą osobę, a nie jak na wyprodukowaną przez korporację lalkę.

I przechodzimy do... "powinniśmy się byli tego spodziewać".


Podsumujmy:

1) Britney zawsze była "schizoidalna" (ładna diagnoza, proszę pani... jak nisko upadła autorka, która jeszcze parę rozdziałów temu zwracała się do autentycznych specjalistów po autentyczną naukową analizę), więc nic dziwnego, że (sądząc z tonu opisu) upadła i zrujnowała sobie życie. Bo to robią osoby, które są chore psychicznie. Rujnują sobie życie. Same.

2) Nic dziwnego też, że uznano ją za dziwkę: tak kończą ci, którzy okłamują ludzi, że są niewinni podczas, gdy tak naprawdę Na Pewno Dają Na Prawo I Lewo .

3) Wyliczanie wszelkich wydarzeń z życia kobiety, które świadczą o tym, że "wcale nie jest taka niewinna, a w ogóle to się puszcza" nie jest zarezerwowane tylko dla tabloidów, ale i dla bardzo poważnych książek pisanych przez osoby mające na względzie dobro dzieci.

4) Owo wyliczanie służy bowiem narracji "cautionary tale", czyli bajki z morałem: nie możesz dorosnąć i pokazać się ze swoją seksualnością, bo rozniosą cię na widłach. Nie możesz popełniać błędów, nie mogą cię spotykać nieszczęścia. Nie możesz się buntować, nie możesz próbować się leczyć. Nie możesz robić nic, co sprawi, że jesteś choć trochę "nienormalna".

I to ostrzeżenie zdaje się nie ograniczać do samej gwiazdy. Britney jest tu, po raz kolejny, jedną z lalek, sztucznych symboli, na których wyładowuje swoją złość autorka. Ale ta narracja, tabloidowa w swojej treści i tylko dla niepoznaki przebrana w język "mądrych książek pisanych przez inteligentnych ludzi", brzmi mimo wszystko dość... ogólnie. Sprawia, że biorę głęboki oddech i przypominam sobie, że ludzie naprawdę potrafią tak myśleć. Że osoby, które mogłyby napisać oskarżające i przedszkolnie wręcz żałosno-śmieszne nagłówki mojego dzieciństwa ("Już nie taka niewinna?"; "Britney pokazała środkowy palec!"; "Czy będzie ROZWÓD?!") są wokół nas. Maskują się w tłumie do czasu, kiedy powiedzą, co naprawdę myślą. "Wiesz, ja jestem pewna, że ona kurwi się na prawo i na lewo, widziałaś, jak na niego patrzyła..."

A, i jest jeszcze punkt piąty.

5) Brak majtek!!! Autorka ma drobną obsesję na jego punkcie - wcześniej pisała o nim w kontekście Lindsay Lohan, teraz Britney... Pomińmy tu, że brak majtek wykrywalny jest wyłącznie poprzez zrobione przez paparazzi podspódniczkowe zdjęcia, a potem robi się skandal z tego, że ktoś nie założył majtek, a nie z tego, że ktoś zrobił kompromitujące zdjęcie i powinien ponieść karę za jego rozpowszechnianie... Ale naprawdę, to jest świadectwo upadku? W świecie, gdzie jeśli majtki za bardzo odcinają się pod obcisłą spódniczką, również trafiasz na plotkarskie strony, bo "nie zadbałaś o całość swojego wyglądu" i redaktorka "miałaby dla ciebie parę rad"? Tu znowu autorka ujawnia, że jej kontakt z rzeczywistością odbywa się po części poprzez tabloidy. A one są opiniotwórcze na najbardziej prymitywnym z poziomów: przypisują żywym ludziom i zdarzeniom w ich życiach znaczenie takie, jakie przypisuje się choćby jedzeniu. Hot or not? Smaczne czy niesmaczne? Chrupiące i pięknie pachnie czy śmierdzi padliną? I jeśli coś śmierdzi, jeśli choć trochę jest inne, należy to napiętnować, zaznaczyć dla innych członków grupy, żeby nie podchodzili, żeby się z tym czymś nie zadawali, żeby potępili, bo przecież nie chcą się pochorować albo zarazić czymś wstrętnym. Nie mówię, że należy interpretować mechanikę tabloidów z punktu widzenia biologii ewolucyjnej, bo nienawidzę biologii ewolucyjnej z jej wszystkimi uproszczeniami i maczoizmem. Mówię tylko, że etykietowanie żywej osoby za pomocą narracji "zepsute i w ogóle to od początku jakieś dziwne" w książce, która teoretycznie ma na celu analizę narracji społecznych dotyczących dziewcząt, wydaje się nie na miejscu.

Tak więc książka, która zaczęła się ciekawie, bo od autentycznej ciekawości i niepewności ze strony autorki, w tym momencie robi się wręcz niemożliwa do czytania. Jad ścieka ze stron i brakuje tylko  filmowego kadru, w którym żrąca maź kapie na zdjęcie blondwłosej dziewczyny. Wszystko dlatego, że ta ciekawość... znika. Niepewność też. Są stereotypy, opinie i wiedza czerpana ze skandalizujących nagłówków. Jak kiedyś powiedział mi pewien homofob, bardzo zdziwiony faktem, że w ogóle to kwestionuję: "Ale... stereotypy są potrzebne. Porządkują świat. Nie musisz myśleć." Więc na tę część książki autorka przestaje myśleć. Zamiast tego wyładowuje frustrację. Nadal jest inteligentna i błyskotliwa - ale używa inteligencji głównie do konstrukcji wyzwisk (dowodem sam tytuł rozdziału  - "Wholesome to Whoresome - the other Disney princesses"). Bardzo zgrabna gra słów, absolutnie niedopuszczalna w tym miejscu. Aż boli patrzeć, jak feminizm zgrabnie zmienia się w slutshaming. Kiedy autorka przytacza post jednej z zawiedzionych matek fanek Miley Cyrus o tym, że może czas zrobić ognisko z całego merchu, ma się wrażenie, że całkowicie się z nim zgadza. Spalić te czarownice, które uwodzą nam córki!

Zaraz potem mamy niespodziewaną woltę: oto los Britney obrazuje to, co prędzej czy później przejdzie każda dziewczynka:


Więc nagle to ma mieć sens. Ten wcześniejszy jad był tylko po to, żeby pokazać, z czym będą musiały się mierzyć też zwykłe dziewczynki. Ale na tym etapie czytania jestem już zmęczona. Widzę słowa na ekranie i zupełnie do mnie nie przejawiają. Wydają się puste i pozbawione znaczenia, jak podsumowanie jednej z moich miernych gimnazjalnych rozprawek, kiedy zapędziłam się z jakąś interpretacją, a potem zostało mi pięć minut i trzy i pół linijki, by jakoś wrócić do tematu i wywołać wrażenie, że mój tekst jest spójny. Zmęczona wcześniejszą rzeką nienawiści, nie mam siły zastanawiać się, czy jest tu podnoszona jakaś ważna teza. Być może jest, ale... ja czuję się pobita. . Może dalej jest coś, co sprawiłoby, że znowu poczułabym tę ciekawość, co jeszcze może pokazać mi autorka. Do jakich wniosków razem dojdziemy. Ale przecież autorka już doszła do wniosków. Zaspokoiła ciekawość tak bardzo, że ciężko jest wyobrazić sobie, by miała jej więcej.

Z żalem nie czytam dalej.

A dla chętnych, tu jest fantastyczne wyjaśnienie na temat Britney Spears, zrobione przez nieocenioną aktywistkę Jessicę Kellgren-Fozard: 

https://youtu.be/sRUkPZ1Fbqo

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Collette - Klaudyna (Claudine)

Pożeraczka powstaje