Collette - Klaudyna (Claudine)

Zauważyłam, że przestaję czytać z obawy, że nowe książki wyprą mi z pamięci stare i nie zdążę zrobić tej jakże ważnej i absolutnie potrzebnej (xD) dokumentacji. Jest na to jeden sposób... wreszcie się ruszyć i pisać choćby po parę linijek o tym, co już przeczytałam. Tak więc dziś na tapet bierzemy książkę, która wzbudziła taki mój entuzjazm, że teraz jesteśmy tutaj.

Klaudynę Collette.

Dokładniej rzecz biorąc, Klaudyna to dzieło czteroczęściowe, ale ja złapałam w bibliotece wydanie cztery w jednym, do tego z wstępem autorskim, o którym jeszcze za chwilę powiem parę słów.

A teraz najważniejsze:

TO. JEST. TAKIE. GEJOWE.

I to nie żaden queerbaiting, o nie. Chociaż muszę przyznać, że bałam się tego, bo jak grzeczna dziewczynka przeczytałam najpierw wstęp, a tam była wzmianka o tym, jak to mąż autorki zachęca ją do przelania na papier wspomnień z czasów szkolnych (z zamiarem wydania ich potem pod własnym nazwiskiem, a jakże. Fuuuuj.), sugerując jednocześnie, żeby trochę je podkręciła, "Na przykład między Klaudyną a którąś z jej koleżanek przyjaźń nieco zbyt czuła...". Nic dziwnego więc, że spodziewałam się tego, co widziałam już wiele razy - autorka tak heteroseksualna, że nie rozumie, jak może istnieć inny typ miłości, próbuje opisać homoseksualne związki, ale jawią jej się one w tak mało ludzki sposób, że końcowy rezultat przypomina opis wizyty w zoo, albo pornol napisany na podstawie wizyty w zoo.

Na szczęście już sam wstęp przywrócił mi nieco nadziei - autorka pisze go już po tym, jak uwolniła się od pasożyta i wydaje swoje opowieści we własnym imieniu, najprawdopodobniej wolne też od niektórych potwornych wpływów redakcyjnych byłego męża. Tu odetchnęłam nieśmiało: może nie będzie najgorzej? Może będzie dużo romantycznej przyjaźni, mało jej fetyszyzacji?

Było jeszcze lepiej. Dużo lepiej. Oczekiwałam nieco ciągnącej się historii o uśmiechających się do siebie kobietkach, które jednak ostatecznie wychodzą za mężczyzn i wyrzekają się swych demonicznych żądz. Zastałam wciągającą od pierwszych słów opowieść o pełnej uroku i upartej dziewczynie, której unikalna, nasycona entuzjazmem wobec otaczającego ją świata wrażliwość sprawia, że zarówno jej wnętrze, jak i wszystko wokół niej jawią się jako barwne, radosne i pełne fascynujących tajemnic. Każdy element tej wirującej galaktyki zdarzeń, osób i miejsc woła: chodź tu! Przyjrzyj mi się bliżej! Dodatkowo zachęca do takiej eksploracji sam język i styl książki. Nietrudno chcieć więcej, kiedy wszystko, czego się za pomocą niej doświadcza, wydaje się tak żywe, jakbyśmy naprawdę tego dotykali. Czujemy nieznośne gorąco egzaminacyjnej sali, złośliwą radość z figla spłatanego koleżance. Kiedy Klaudyna patrzy na osobę, którą kocha, nam także bije serce. Kiedy włóczy się po lasach, można by przysiąc, że w nasze nozdrza uderza zapach igliwia czy też nagrzanej słońcem trawy, a pod palcami czujemy płatki jej ulubionych kwiatów. Płaczemy razem z nią z żalu po odrzuceniu przez ukochaną czy zdradzie ukochanego. Bo tak, Klaudyna jest koneserką piękna w każdej postaci, i mniej ma dla niej znaczenie płeć, niż sposób, w jaki jej serce przy kimś drży. Przy tym żadna z jej fascynacji nie jest dokładnie taka sama. Dla mnie coś takiego to jak powiew świeżego powietrza: jak to, autorka wzięła pod uwagę, że jej postać dorasta i się zmienia, także pod względem podejścia do miłości, a na dodatek nie zapomniała o tym, że każdy człowiek jest inny i każdy związek funkcjonuje nieco inaczej? Być może pomógł tu fakt, że cała książka wydaje się przynajmniej w pewnym stopniu autobiograficzna... ale nawet prawdziwi ludzie, patrząc na własne przeszłe związki, mają skłonność do oceniania ich i opisywania w oparciu o to, w jakim punkcie życia znajdują się obecnie, a nie w jakim byli wtedy. Klaudyna nie cierpi na tę przypadłość; główna bohaterka bierze czytelnika za rękę i prowadzi go przez całe swoje życie, łagodnie objaśniając, co właśnie widzi i czuje - a nie "co musiała czuć i widzieć wtedy, jak sądzi". To sprawia, że każde przeżycie jest nowe i świeże, a także nie do końca do przewidzenia - Klaudyna zmienia się, dojrzewa, formuje poglądy, a do tego jest dość szelmowska i figlarna, by ciągle chcieć zaskakiwać nie tylko otoczenie, ale i czytelnika. Często zdaje się mówić: "Myśleliście, że tak zrobię? No to teraz patrzcie! Zdziwieni?".

Moje biedne biseksualne serce zostało przez tę książkę wypełnione w najrozkoszniejsze ze sposobów, a sama Klaudyna stała się moją nauczycielką w najważniejszym ze wszystkich przedmiocie: poszukiwaniu szczęścia. Bo ostatecznie o tym właśnie jest ta książka: o szczęściu w różnych jego kształtach i formach, czy pod postacią wolności, czy przywiązania, rozkosznej udręki czy otulającego domowego spokoju. Autorka nie boi się przy tym odpowiedzi na pytanie: co wtedy, kiedy granice szczęścia lub wartości dwóch osób zderzają się ze sobą? Co jeśli dla jednej osoby zdrada z kobietą to nie zdrada, a dla drugiej miłość to miłość, niezależnie od płci? Jak daleko można się posunąć, by zdobyć szczęście? Bezpieczeństwo? Władzę? Czy poświęcenie ma sens? Ile tak naprawdę może kobieta i czy nie może przeżyć bez męskiego opiekuna? A może to tylko staroświecki stereotyp, nie przystający do stanu faktycznego?

Jako osoba wychowywana na dobrą, cichą, nie protestującą i nie chcącą nic dla siebie dziewczynkę mierzę się z tymi pytaniami co dnia - i to teraz, w dwudziestym pierwszym wieku. A książkę napisano, o ile się nie mylę, na początku dwudziestego...

Czytanie Klaudyny ma więc dla mnie wartość terapeutyczną. I to jest książka, którą wzięłam do ręki, bo lubię dobry skandal! Która miała mnie pobudzić! Przyznam, podczas czytania nieraz wiłam się wśród rozkosznych przypuszczeń, jak też teraz potoczą się losy bohaterek (i bohaterów, chociaż wydaje się, że nieporównanie więcej jest tu kobiet). Ale zarazem ta książka wprowadzała mnie w świat radosnych, szczęśliwych uśmiechów, bujania w obłokach, po prostu... marzeń. Tylko że marząc, jednocześnie leżałam na swojej kanapie i w pachnącej trawie, i na twardej ławce podczas nudnej lekcji, w swoim małym mieszkanku i w wiejskim domu, z kotką na kolanach... Słowem, mogłam marzyć nie tylko ze swojego punktu widzenia, ale i z punktu widzenia Klaudyny, i podczas całej lektury byłam jej stale wdzięczna za gościnność, z jaką wpuściła mnie do swojego świata i pozwoliła mi przeżywać go razem z sobą.

W gruncie rzeczy cieszę się, że piszę to dopiero po pewnym czasie. W trakcie czytania i bezpośrednio po byłam zbyt szczęśliwa i z pewnością roiłoby się tu od spoilerów, bo po prostu nie mogłabym powstrzymać się od piszczenia "Słuchaj, bo one teraz wreszcie się spotkały i to jednak nie był bait, one naprawdę...", od opisywania ze wszystkimi szczegółami każdej sceny, która poruszyła mi coś w serduszku. A naprawdę nie chciałabym, żeby ktoś, kto może kiedyś wpadnie przypadkiem na tę stronę, uznał że już wszystko wie i może równie dobrze odpuścić sobie tę książkę. Nie powinien jej sobie odpuszczać. Klaudyna to dzieło wybitne i jedno z lepszych, jakie czytałam w życiu. Właśnie dlatego zresztą niniejszy opis jest taki chaotyczny - dużo łatwiej by mi było wyrazić swój stosunek do tej książki, gdybym po prostu mogła przez minutę piszczeć, machać rękami i na zmianę śmiać się i płakać. Moje uwielbienie jest być może nieco rozdmuchane przez fakt, że wracam do czytania i jestem wybitnie niezahartowana, więc wszystkie emocje, które autor chciał wywołać, uderzają mnie jak rozpędzone belki. Przeładowują mnie, przewracają i jestem w stanie tylko leżeć pod nimi i delikatnie pojękiwać "mm... to dobre...". A potem po prostu mdleję z wyczerpania. Tak jak teraz, a przecież tylko spróbowałam opisać może jedną dwudziestą przeżyć, jakich dostarczyła mi ta książka...

Znajdziecie mnie na podłodze. Przywaloną mnogością emocji i pomrukującą jak kot.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pożeraczka powstaje

"Cinderella ate my daughter", czyli spalmy wiedźmy i plastikowe prostytutki