Pożeraczka powstaje

W tym roku jednym z moich marzeń (nie postanowień, to jest różnica) noworocznych jest, że będę pisać o książkach, które czytam. I że w ogóle będę więcej ich czytać, bo o zgrozo, opuściłam się w tym względzie haniebnie. Coś tam niby czasem podczytywałam, ale przez ostatnie lata większość konsumowanego przeze mnie tekstu miała, niestety, postać postów na mediach społecznościowych, ewentualnie artykułów po angielsku. Nie widziałam w tym problemu, bo kto mi się będzie czepiał tego, jak spędzam czas?

Ja. Ja się będę czepiać.

Jestem tłumaczką. Pracuję z tekstem. Muszę się starać, żeby ten tekst był piękny, żeby płynął jak rzeka. W pracy codziennie obcuję z dziełami napisanymi w bardzo innym od mojego języku, i przekładam je na ten bardziej mój.

I... to były jedyne teksty w języku polskim, jakie przez długi czas czytałam. Te przetłumaczone przeze mnie.

Ponownie: nie widziałam w tym problemu. Mówiłam sobie, że mam dużo pracy, że tak trzeba, że przecież to zupełnie mi wystarcza. Że w gruncie rzeczy już się w życiu sporo naczytałam i w głowie mam sporą bibliotekę wszelkiego rodzaju wyrażeń, a teraz to trzeba robić, nie wąchać strony.

Prawda, naczytałam się sporo. Odkąd gdy miałam cztery lata pokazano mi, że te śmieszne magnesiki na lodówkę to literki i można z nich składać SŁOWA (mind blown), stale chodziłam z nosem w książce.I to bynajmniej nie w przenośni - pamiętam jak dziś: zima, minus dziesięć bodajże, a ja idę z przystanku i trochę szuram nogami po ubitym śniegu, żeby wyczuć, gdzie są wyboje, bo nie przerwę przecież czytania (bodajże Pollyanny, ale mniejsza o to). Pamiętam też, jak czytałam "Wiedźmina" w czwartej klasie, pod ławką na kształceniu słuchu. Cykl o Geralcie przynosiła do szkoły niejaka Kasia B. i miałyśmy bardzo mądry, jak sądziłam, system: ona czyta na przerwach, ja na lekcjach. Chyba, że mnie na tych lekcjach w ogóle nie było, bo czytałam w bibliotece i nie usłyszałam dzwonka. 

W domu przemycałam ze sobą książki nawet do toalety (nie wolno było ich tam brać, ale byłam dzielną małą nindżą). Nie można mnie było zostawić bez książki, bo z braku laku czytałam wszystko, nawet paragony. Potrafiłam stać godzinami za czytającym ojcem, tak, by się nie zorientował, że czytam mu przez ramię Lema czy inne science fiction. Mama mówiła wtedy, że mam nie wyżerać innym literek, bo nic nie zostanie dla nich. Okazało się, że nic nie zostało, ale dla mnie. Kiedy wszystkie książki w biblioteczce, których byłam w stanie dosięgnąć, zostały już przeze mnie sczytane na wylot, nauczyłam się wspinać po półkach, by dotrzeć do tych, do których nie powinnam była mieć dostępu (halo, Anais Nin, wiem, że nie pisałaś dla dziesięciolatek, ale i tak dzięki za skrzywienia). 

W gimnazjum nadal czytałam pod ławką, co doprowadziło wreszcie do scysji z polonistką, która zabrała mi Lema i oświadczyła, że "takie bajeczki to ona sama mogłaby napisać". Do dziś trochę mi smutno, że nie zrzuciłam baby ze schodów, ja bym się wykręciła jako nieletnia, a ona, jak wszystkie karaluchy, przetrwała i te grube naście, prawie dzieścia lat później nadal, o ile wiem, tam uczy. W liceum dostawałam pieniądze na jedzenie, które wykorzystywałam w ten sposób, za które kupowałam sobie najtańszą zupę w stołówce sąsiedniej Polikliniki, siadałam przy stoliku z wazą i w ten sposób zyskiwałam nieograniczone dolewki, a potem z pełnym brzuchem szłam do antykwariatu i wydawałam resztę kasy na strawę duchową. Na studiach odkryłam istnienie tanich księgarni, a do tego mieszkałam z drugą zapaloną bibliofilką, która pokazała mi nieznane dotąd oblicze fantastyki...

I tu nastąpiło gwałtowne hamowanie. Przestało mi starczać pieniędzy i czasu na książki. Dzień i noc uczyłam się, by nie spotkało mnie najpotworniejsze, co mogłam sobie wyobrazić: powtarzanie roku. Musiałam Udowodnić, Że Tu Jest Moje Miejsce. Zasypiałam z książką w łóżku, jak za dawnych czasów, ale tą książką był skrypt do nauki znaków i często budziłam się z bindowaniem odciśniętym na policzku. Kiepski stan psychiczny sprawił, że spędzałam całe dnie zwinięta w łóżku wokół dawno zapomnianego żołądka. Nie miałam siły czytać.

Potem... były powroty. Rok w Japonii, kiedy nagle odkryłam "Imię wiatru" i "Herezję Horusa". Masa YA polecanych mi przez znajomych. Ale już coś było nie tak, to znaczy: książki już nie sterowały moim życiem, jak mogły to robić w dzieciństwie. Nie było na to miejsca. Poza "Imieniem wiatru" chyba nad niczym nie zarwałam nocy. A kiedy okazało się, że teraz muszę Pracować i Być Odpowiedzialna Za Siebie, zaczęłam powoli odcinać się od rzeczy, które przynosiły mi radość. Zwłaszcza, że trzeba było przeżyć, a książki kosztowały. Przeliczałam je na obiady i niezmiennie wychodziło mi, że obiady wygrywają, bo żyć trzeba, martwa i tak czytać nie będę.

I tak przedstawiała się sprawa, kiedy zaczynałam tłumaczyć. Miałam rację co do tego, że nadal miałam w głowie bogatą bibliotekę wyrażeń, do której mogłam w każdej chwili sięgnąć. Nie wiedziałam tylko, że z każdym miesiącem pozbawiania się książek degeneruję. Minęło ładne parę lat, zanim zaczęłam się orientować, że sięgam do głowy po słowa, ale ich miejsca na półkach są puste. Rzeczy, których szukałam, wyparowały. Rozleciały się i zniknęły od nieużywania, tak samo, jak znika pamięć w nieużywanej latami elektronice. Z przerażeniem stwierdzałam, że kiedy szukam polskiego słowa, w jego miejsce pojawia się czasem angielskie, czasem japońskie... a czasem po prostu "ten tego, tego ten". Zaczęłam nadużywać słów "dzyndzel", "wichajster" i "rzecz", pomagając sobie sugestywnym machaniem ręką. Na lekcjach kursanci nauczyli się odgadywać, co mam na myśli, jakby grali w kalambury. Czasem pomagali mi nawet ze znalezieniem słów do tłumaczeń, bo ja... już ich po prostu nie miałam.

Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym nie znalazła Miłościa. I gdyby Miłość któregoś dnia nie zaciągnął mnie do biblioteki. Zapomniałam, że istnieją takie miejsca. Zapomniałam, że w niektórych z nich księgozbiór nie jest ograniczony do lektur i książek sprzed przynajmniej pięćdziesięciu lat. Nie byłam świadoma, ile tracę.

Gdzieś w połowie pierwszej z wypożyczonych książek stwierdziłam, że przypominam sobie słowa, których nie używałam od dziesięciu lat. Ja, której w dzieciństwie koledzy nie lubili, bo nie rozumieli, co mówię! Teraz to wszystko wracało. To znaczy, nie wspomnienia o ciężkim życiu w podstawówce. Wracała magia. Wracało uczucie bycia zatopioną w innym świecie. Wracała intuicja językowa. Wracała świadomość, jak to wszystko działa. I wracało słownictwo. Nagle częściej wiedziałam, jak wyrazić to, co myślę. Mniej się zacinałam, mniej machałam ręką.Wróciła nawet trochę śmieszna, a trochę niepokojąca rzecz, której ostatni raz doświadczyłam chyba w liceum: nieświadome przejmowanie osobowości ulubionego bohatera albo stylu wypowiedzi autora, jeśli książka wywarła na mnie dostatecznie mocne wrażenie. Musiałam się na nowo nauczyć, jak nad tym panować, bo nie z każdym można rozmawiać językiem, jakim pisana jest dziewiętnastowieczna powieść, i nie każdy tekst powinno się nim tłumaczyć... (Zabawnie się za to czyta własne pamiętniki, jeśli ktoś ma taką przypadłość; czasem można dość łatwo wywnioskować, co za dzieło akurat przeżarło mi mózg).

Słowem, wracam do czytania. Powstałam z popiołów. Szybko wróciły stare nawyki, często zabieram książkę w miejsca do tego nieprzeznaczone. Wczoraj na przykład czytałam przy zmywaniu naczyń (słowo daję, Jane Eyre jest cała i wpis o niej niedługo się tu pojawi - muszę tylko dotrzeć, a raczej, biorąc pod uwagę tempo, dobiec do końca).

Jestem... zachwycona tym, co się ze mną dzieje, kiedy czytam. Tak zachwycona, że chętnie bym to opisała. Ale nie w pamiętniku, w końcu jak można potem komuś pokazać pamiętnik, skoro obok w miarę rzetelnej recenzji jest opis gorącej nocy, a na następnej stronie - napadu depresji? Poza tym moje pamiętniki zawsze były niesłychanie chaotyczne i tylko dla mnie. Nie sądzę, bym była w stanie teraz wprowadzić trochę porządku w formę, która zawsze była dla mnie synonimiczna z terapeutycznym nieładem. Tak więc nie pamiętnik. Goodreads? Próbowałam go, ale przytłacza mnie. Wpisuję jedną książkę i zaraz pojawia się dwadzieścia, a ja zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że o żadnej z nich nawet nie słyszałam. To taka wielka baza danych, a ja jestem taka malutka. Czuję się tam zagubiona. W Facebooku odrzuca mnie format, dostaję od niego bólu zębów, a i sama stojąca za nim korporacja nie kojarzy mi się szczególnie dobrze. Instagram nie przyjmuje długich postów tekstowych, a poza komórką działa wyłącznie na nerwy. Tumblr to dużo chaosu i przypadkowych followów, a poza tym spora część społeczności wyniosła się z niego po Titty Gate z roku 2017 czy 2018. Blog? Kto pisze blogi w dzisiejszych czasach? Kto w ogóle pamięta, po co są - a właściwie były? To przestarzały format, ludzie piszą, co im ślina na język przyniesie, wywnętrzają się godzinami, mają wrażenie, że tworzą Sztukę, a potem i tak nikt tego nie czyta...

O... Idealnie.

Wracam do pisania. Wiem, że nie będzie łatwo. Słowa nie zawsze chcą płynąć jak rzeka. Czasem ciurkają, niemal stoją, a po tygodniu nagle coś mnie nachodzi i bam, wodospad... Tak źle i tak niedobrze. Ale trzeba ćwiczyć, więc ćwiczyć będę, no i wyżyć też się muszę, bo inaczej wyżywam się w historiach postaci, a ilu Mistrzów Gry chce czytać sześciostronicowe (i rośnie) reportaże?

Pożeraczka niniejszym powstaje. Z popiołów czy innego szlamu.

A już niedługo o książce, która sprawiła, że nie mogłam dłużej być cicho. O książce, która sama jedna (w czterech tomach) założyła mi tego bloga.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Collette - Klaudyna (Claudine)

"Cinderella ate my daughter", czyli spalmy wiedźmy i plastikowe prostytutki